Kirgistan – relacja – część pierwsza

Rzeczy, które na co dzień nie dzieją się w Europie – pomocni ludzie, „Allah” w głośnikach, nocna uprawa roli i dynamiczne ceny niektórych produktów.

DZIEŃ 0 – Docieram rano pociągiem do Warszawy. Udało mi się trochę przespać, bo kobieta, której pomogłem targać bagaże na samym początku, oprócz tego, że na trasie do Opola przedstawiła mi cały swój życiorys jako wyraz wdzięczności potem pilnowała mnie gdy spałem i nie pozwalała nikomu mnie budzić. Przynajmniej to było dobre.

W Warszawie odbiera mnie Eryk. Zabieramy jego znajomych i idziemy na miasto załatwić kilka rzeczy, zjeść ostatni europejski posiłek – kaczkę według którejś z receptur dalekiego wschodu. Przez usterkę w metrze zaczyna nam powoli brakować czasu – miało być zupełnie inaczej. Docieramy do mieszkania autobusem, zabieramy rzeczy i robimy wszystko by zdążyć na lotnisko. Na lotnisko zdążyliśmy. Sprawdziliśmy miejsca odprawy najpierw swoje, potem czyjeś, a potem znów spieszyliśmy się do swoich. Ogólnie na lotnisku czułem małą presję spóźnienia – taką, że nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Kilka sytuacji w tym roku takich już było, ale żadna nie graniczyła z możliwością straty biletu i przepadnięciem trzech tygodni urlopu.

Znajdujemy miejsce naszej odprawy i tu zaczyna się przygoda: „odprawa została zakończona minutę temu”. No czemu nie – dobre wyjazdy zawsze zaczynają się od takich akcji – kumulacji pecha. Ale dobrze, że i odprawą rządził proces. Po kilku telefonach rozpoczęła się odprawa. Nadbagaż został miło niezauważony przez panią. No teraz chyba nic nas nie zatrzyma, w Moskwie raczej się już nie spóźnimy na następny lot.

Moskwa – lotnisko europejskie. Nie czuć, że jesteśmy jakoś specjalnie na wschodzie, nie licząc rosyjskich trendów mody. Lotnisko jest bardziej zachodnie miejscami, niż lotniska zachodnie ;).

Zaczepia nas Ukrainiec z pytaniem, czy nie wiemy gdzie można zapalić. Potem podchodzi i chwilę rozmawiamy. Walczymy z rosyjskim, po czym on odpowiada, że możemy mówić po polsku, a on będzie mówił po rosyjsku – i w taki sposób rozmawiamy dalej.

Obowiązkowo robimy zdjęcie na lotnisku. Zaczepiamy kogoś. Nie wygląda na wschodnie klimaty, więc zagadujemy po angielsku czy może nam zrobić zdjęcie. Po kilku zdaniach przechodzimy na polski. Poznany kolega wybiera się do Chin, uczyć się chińskiego. W taki sposób pokonujemy pierwsze bariery językowe, a właściwie ich brak.

Jedyne miejsce, które mogło się kojarzyć z Rosją na tym lotnisku ;)

Zmienność czasu i miejsca na lotnisku została nam przedstawiona już w Polsce, dlatego 2 godzinne opóźnienie boardingu i zmiana bramki nie specjalnie nas zdziwiła. Po szczęśliwym boardingu odjeżdżamy na pas do kołowania i okazuje się, że samolot ma jakąś usterkę. Spędzamy z dwie godziny stojąc 50m od platformy, myślę jedynie o Tupolewie. Samolot został naprawiony – zastanawiam się ile na to poszło taśmy, sznurka i drutu. No to lecimy.

Aeroflot ma jeden plus – jedzenie było na prawdę zjadliwe. Do posiłku dołączono горчицa. Moje podejrzenia padły na musztardę, dodatkowo miła Kirgizka powiedziała, że jest to russian wasabi ;). Potem była tak miła, że oddałem jej swoją kurtkę, bo zabrakło koców. Potem była jeszcze milsza, bo gdy się obudziłem spała oparta o mnie – trochę się zmieszała :D

DZIEŃ 1 – lotnisko Manas. Pełno amerykańskich samolotów wojskowych. Idziemy do odprawy paszportowej. Po drodze wypełniamy wniosek o wizę turystyczną – zdjęcia i ksero paszportu nie są potrzebne, miejsca pobytu nie wypełniamy. Wiza kosztuje 70$, nie ma kłopotów z wydaniem reszty. Można płacić w Euro. Odprawa, odebranie bagaży no i jesteśmy.


Od Kirgistan – 24.07-14.08.2010

Pierwsze co to bankomaty. Nie wiemy jak traktować ludzi, jak się zachowywać i jak mówić – stąd też obskakuje nas szofer, który jest do rany przyłóż. Pokazuje pozycje wszelkich bankomatów – no tak, bez nich nic nie zarobi na nas ;).

Któryś z kolei jest już posłuszny i wydaje nam pierwsze somy. Dopytujemy się o najlepsze piwo i po chwili wiemy, że tematem przewodnim będzie już Балтика 7. Wychodzimy na parking, niby autobusy jakieś są, ale заказанe. Jest niedziela i PONOĆ nic nie będzie jechać. No nic. Po niedługim czasie będziemy wiedzieć, że PONOĆ oznacza – chcę na Tobie zarobić, więc wciskam Ci kit – długo nie musieliśmy się tego uczyć. Za podróż do centrum Biszkeku cenę ustalamy na 200somów.

40km szybko mija, zwiedzamy kraj jadąc taksówką. Dowiadujemy się jacy to Uzbecy są źli, że Euro jest jak najbardziej przyjmowane w ich pięknym kraju. Zaczyna się seria pytań, które chodziły za nami przez trzy tygodnie typu: skąd jesteście? ile macie lat? macie żony? czym się zajmujecie? pierwszy raz jesteście w Kirgistanie? jak wam się tutaj podoba? itd.

Odpowiedź na pierwsze z nich zawsze powodowało jakieś ciekawe skojarzenia – w przypadku naszego taksówkarza było to Четыре танкиста и собака. Dodatkowo taksówkarz pokazał nam jak należy omijać przechodzące przez drogę zwierzęta pokroju krów i koni, jakie zawadiackie podejście Kirgizi mają do czerwonych świateł. Widząc nasze poruszenie po przejechaniu skrzyżowania na czerwonym spytał spokojnym głosem: B польшы нельзя?.

Dopytujemy się o OVIR i polegamy na jego zdaniu. Trochę stresuję się przez to, ale to dopiero za 18 dni, gdy będzie kontrolować nas policja :D.

Docieramy do centrum – później stwierdzimy, za jakieś 3 tygodnie, że bardziej już w centrum nie mogliśmy być. Wysiadamy na Проспекте чуй, tuż pod Białym Domem znanym z kwietniowych relacji telewizyjnych. Po krótkich negocjacjach, szofer dostaje jeszcze 50 somów dodatkowych na czekoladę dla dzieci :>. A my zaczynamy poznawać miasto – jest niedziela, wcześnie rano – nikogo nigdzie nie ma.


Od Kirgistan – 24.07-14.08.2010

Biszkek ukazuje się nam jako miasto komunizmu. Pompatycznie i leninowsko, tudzież niezrozumiała dla naszych czasów rzeźba. Większość jest DUŻA, związana z komunizmem lub jakimś rodzajem rewolucji oraz z bohaterami byłego ZSRR i Armią Czerwoną – no komunizm pełną gębą, którego mieszkańcy będąc młodą demokracją jak nasza, w przeciwieństwie do nas nie zauważa tego. Działania kwietniowej rewolucji są prawie niezauważalne – nie licząc spalonej prokuratury w centrum miasta, i śladów na bramie siedziby prezydenta, które i tak zauważyliśmy dopiero przy powrocie.

Wszelkie nasze założenia, co zrobimy gdy dotrzemy do Kirgistanu padły. Powstał nowy plan – wydostać się z miasta. Taksówkarze na każdym kroku, próbowali nam pomóc. Tak pomocnych ludzi dawno nie widziałem, w sumie to nigdy. Sprawdzamy dworzec kolejowy, docieramy się z ludźmi zaczepiającymi nas na każdym kroku. Jeszcze ze dwa dni i będziemy asertywni. No dobra, w Kirgistanie jeszcze może z 4 dni.

Plan jest taki, że chcemy się wydostać z miasta na wschód i dostać nad jezioro. Taksówkarz oferuje się za bagatela 3000 somów. Rezygnujemy. Posiłek w ostatnim bastionie cywilizacji – mają WiFi i wyruszamy piechotą w stronę Токмок.

Idziemy, idziemy, idziemy – mijamy meczet, który nawołuje do modlitwy w taki sposób. A ja narzekam na dzwony kościoła, które napierają mi od 6 rano do 21 prosto w okno. Po drodze raczej wypustoszały dworzec autobusówy (nazwałbym to raczej stanowiskiem pre-re-cyklinogwym). Później bar, w którym sprawdzamy czy wszystko w porządku z 7. Bardzo miła rodzina nas przyjmuje w barze – jeśli można to określić w „taki” sposób.


Od Kirgistan – 24.07-14.08.2010

Byli tak mili, że nie narzucili jakiejś niesamowitej marży na piwo i zapłaciliśmy za dwa jedynie 95 somów. Potem zastanawialiśmy się ile kosztuje jedno… bagatela 47.5, tylko że, oni nie posiadają połówek somów :D. Ale za to sami zaproponowali, abyśmy zrobili sobie z nimi zdjęcie na chacie – uwaga – zdjęcie na chacie jest robione z hmmm baru.

Ruszamy dalej. Idziemy długo, no bardzo długo. Жарка. Idziemy, fuck, idziemy. Dochodzimy dokądś, wyciągamy magiczną mapę, za którą zapłaciliśmy magiczne pieniądze. Stacje benzynowe pozwalają nam ustalić gdzie jesteśmy – zwiedzamy jakieś ruiny i poszukujemy pierwszego miejsca na nocleg. Ruiny okazują się pozostałościami po Domu Kultury [sic!]. Dowiadujemy się tego od miłego Kirgiza, pracownika stacji benzynowej, który od jutra ma wolne przez 4 dni i za 3500 somów może być naszym przewodnikiem. Trenujemy asertywność – odsuwamy decyzję w czasie, dodatkowo ratują nas problemy roamingowe, gdyby nie one drugiego dnia w Kirgistanie, mój telefon dzwoniłby pewnie cały czas.

Wymknęliśmy się – oddelegowane zadanie wylądowało w sferze domniemań pana z obsługi stacji. Po drodze próbujemy trunków pitych lokalnie – jakiś skwaśniały zacier na zbożu (fuj – to jest subiektywna ocena) i jakiś rodzaj skwaśniałego mleka (tu się broniłem łamanym rosyjskim мне молоко нельзя).

Pomału docieramy do miejsca noclegu, i nie piszę tego w kwestii czasu, a prędkości. Schodzimy z głównej drogi, idziemy przez wioskę, mijamy tory. Widok odsłoniętych gór jest niesamowity – ale to jest stan, gdy jeszcze mało widzieliśmy. Pasterz goni krowy, a my się ładujemy do rowu; jak dla mnie to mogę tu nocować. Eryk wyrusza na poszukiwania lepszej miejscówy. Lądujemy na polu CHYBA lucerny, maszyny zjechały do domu – nikt tu nie wróci już dzisiaj, a rano zwiniemy się szybko i nikt nas nie zastanie. Nic bardziej chybionego. Jeden pokos na obwodzie pola wyschnięty, część pokosów świeżo skoszona, pozostała część chyba-lucerny stoi jak stała.


Od Kirgistan – 24.07-14.08.2010

Jest gorąco – postanawiamy spać pod gołym niebem. Mata w poprzek suchego pokosu, plecaki pomiędzy nas – i jestem tak zrypany, że chyba nic by mi nie przeszkadzało – gdzieś tu przewija się pierwszy kryzys, ale tak jak z widokami w tym kraju – to jeszcze nic. Zasnęliśmy – tyle robactwa po mnie dawno nie chodziło. Godzina 23… wjeżdża rozwalony kombajn na pole (w domu dowiaduję się, że jest to… pokosówka).

Tak więc leżymy na czyimś polu, bez pytania, na wyniku czyjejś pracy – suchym pokosie, w nocy, 4000km od domu, w kraju w którym drugiego języka oficjalnego nie znamy ni w ząb. Leżymy i czekamy, postatomowo-falloutowy kombajn uprawia pole. Wydawało mi się, że jestem w stanie po takim zmęczeniu spać wszędzie, ale panosząca się po polu maszyna, której główne części tną, nagarniają i transportują uniemożliwiała mi spokojny sen. Godzina 1, pojawia się prasa – no nareszcie, myślałem, że tej nocy już nie przyjedzie – co gorsza, co ona będzie prasować? Jeden pokos jest suchy i to my go zajmujemy, pozostałe są mokre. Przyjechała prasa, ominęła nas i pojechała dalej. To już dwie maszyny na polu w środku nocy. ŚpimyEryk śpi, przyjeżdża na pole auto – zakładam, że właściciel. Jedzie obok nas, ominął i pojechał dalej. Nikt nam nic nie powiedział. Nie do pomyślenia.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong> <pre lang="" line="" escaped="" highlight="">