W wyniku połączenia dwóch grup, które obstawały przy swoich nazwach, czyli KB Fiodor i Towarzystwo Matematyczne musieliśmy wymyślić inną nazwę naszego zespołu. Pierwszy pomysł był nawiązaniem do ostatniego rajdu, ale uzanaliśmy, że był zbyt próżny. Dlatego też go nie przytoczę :]. Druga nazwa nawiązywała do gwiazdozbioru Wielkiego Wozu i miała brzmieć „dyszel Wielkiego Wozu”, jednak Psy Gończe, które się za wozem wiecznie uganiają – zwyciężyły. Nowo powstałą grupę zasilili: Agata, Mateusz, Procho i Muti z KB Fiodor, oraz ja – przedstawiciel Towarzystwa Matematycznego. Psy Gończe gotowe na szybkie 40km na orientację.

Psy Gończe; Źródło Wikimedia
Dzień rajdu chyba z natury rzeczy nie może być zwykłym dniem. Nie mogę wyjść trochę wcześniej z pracy, bo mam spotkanie. Korek we Wrocławiu obwołano „masakrą na Strzegomskiej”. Po powrocie do domu zaledwie kilka minut na spakowanie się i zjedzenie czegokolwiek. Wyruszamy o 16:40 ze sporym zapasem, bo nigdy nic nie wiadomo. I to był dobry zapas – na 5-tce kilkukilometrowy korek. Stoimy. Mam pierwszy kryzys. Dzień mnie drażni od samego rana. Chyba jeden korek dziennie wystarczy? Dojeżdżamy, PK0 zaliczony, jesteśmy zapisani i idziemy się przebrać.
Założenie pesymistyczne być w pierwszej trójce, założenie optymistyczne – zwyciężyć. Jesteśmy nastawieni na bieg i tego będziemy się trzymać.
W lekkich ciuchach jest zimno, ale tak ma być. Chwila rozmowy z Goframi, z Masłami i z Leśnymi Dzikami – naszymi osobistymi i prywatnymi konkurentami. Ekipy startują dwójkami co 3 minuty od 20:10 jeśli dobrze usłyszałem. Jesteśmy 20 grupą. Kilka formalności, sprawdzenie karty, wydanie PK1A i szyfr. Start.
Obserwując ludzi pokonujących rzekę rurami stwierdzamy, że jest to nie najlepszy pomysł. Biegniemy do mostu. Wyjścia ze startu są najgorszą częścią rajdu dla mnie. Nie mam pojęcia gdzie jestem, muszę się nawigacyjnie rozgrzać. Wchodzimy w złą drogę, cofamy do dobrej i odbijamy za tłumem. Kardynalny błąd! Nigdy nie kieruj się tłumem. Zanim się połapaliśmy, że drogi nie te, zachodzimy za przepompownie. Decyzja – wchodzimy za przepompownią w las, aby dostać się na krawędź lasu i odbić na drogę do 1A. Wchodzimy – wody dostatek wszędzie. Dochodzimy do miejsca w którym rozlany rów zakręca. Próba pokonania przeze mnie i Mateusza kończy się zanurzeniem po pas. Wychodzimy z wody. Propozycję Procha kwituje niepotrzebnymi słowy, ale przynajmniej dostaję ładunek adrenaliny i zawór bezpieczeństwa na dzień dzisiejszy puszcza. Nie poprowadzę grupy przez wodę 2km od startu (przed nami jeszcze co najmniej 38…), nie poprowadzę grupy w las gdzie pełno przecinek/dróg (mapa złej jakości), a tak mało poziomic. Wracamy do przepompowni. Jestem tak nabuzowany, że praktycznie teleportuję się na właściwą drogę, reszta grupy mniej nabuzowana teleportuje się wolniej. Zyskujemy gratisowo kilometry, a wszystko ciągle w biegu. PEWNIAKIEM poruszamy się do 1A. Wchodzimy bez problemu. Jesteśmy 14, czyli zdrowo-rozsądkowo-mnożąco_przez_dwa jesteśmy 28. Dostajemy podpowiedź w formie jednego wyrazu „WYGODA”. Na myśl przychodzi mi GA DE RE PO LU KI, rzucam myśl i biegniemy dalej.
Pewny przebieg, będziemy brać kolejno grupy. Prosta droga, prosty asfalt. Liczymy odbicia, sprawdzamy azymuty, liczymy domy, no i zauważamy szlak, a raczej odbicie na którym nam zależało. Krótki bezmyślny przebieg wzdłuż jeziora i szlakiem wchodzimy na PK2. Jesteśmy 7, osobiście morale podniosło mi się o jakieś 21 miejsc. Zjadam marsa. Dostajemy kolejną podpowiedź.

Przejście ze startu przez 1A do 2. Niebieski trasa zakładana, czerwony rzeczywista.
Ruszamy w dalszą drogę. Przebieg też pewny. Na południe krętą drogą do Rudy Żmigrodzkiej. Biegnąc wyprzedzamy kolejne ekipy i liczymy: szóści, piąci. Ruda Żmigrodzka – odpoczynek w formie marszu – czas na zagadkę. Walka w grupie z szyfrem trwa. W pewnym momencie pada hasło „Dolina Baryczy komarami bzyczy”. Do tego krótki wykład na temat szyfrów podstawieniowych, ataków na nie, dopasowaniu do modelu języka i takich tam – dusza Towarzystwa Matematycznego w jednym z Psów Gończych wciąż żyje. Akcja ratowania kota zakończona sukcesem. Mamy nadzieję, że w zagrodzie do której został oddelegowany nie było bardziej agresywnych psów niż my ;). Biegniemy wzdłuż jeziora. Przed odbiciem na wschód mijamy kolejną ekipę. Odbicie nieco dziwne, cofamy się parę metrów do barierki i ją przekraczamy. Wybiegam aby się zorientować co się dzieje. Widać krawędź lasu – decyzja lecimy na krawędź, droga znajdzie się sama. Po 200m znajduje się sama. Grupa osób, która doszła nas, gdy podejmowaliśmy decyzję znika, i to znika konkretnie. Raczej nie weszli na drogę bezpośrednio wiodącą do PK. Biegniemy, no bo cóż można robić innego w piątkowy wieczór. PK3 zaliczony, pies pogłaskany, 2 z 3 celów strącone – czeka nas odebranie punktu karnego. Jesteśmy czwarci. Drudzy i trzeci wyszli w momencie naszego dojścia.

Wyjście z PK2
Biegniemy. Wariant bez asfaltu z pewnym wejściem w drogę polną i z charakterystycznym punktem ataku. Biegniemy na północ do Bukołowa, potem na wschód do granicy lasu po prawej. Wyprzedzamy dwie ekipy. Jesteśmy drudzy. Wzdłuż krawędzi lasu wychodzimy na PK4.
Podbicie i drogą na północny wschód do drogi Torowej, na której spotykamy grupę pierwszą idącą do PK4. Morale rośnie. Kilka metrów drogą Torową i odbicie na północ, a następnie na przekątną prowadzącą praktycznie do punktu. Biegniemy i liczymy zakręty. Agata ratuje nas w miejscu rozdroża. Nic nie tracimy dzięki temu, a raczej zyskujemy brak dodatkowych kilometrów. Punkt jest tuż, tuż, gdzieś po lewej. Widać go! Strzelanie z łuku, nic nie zyskujemy.

Zakładana trasa pokrywa się z rzeczywistą.
Wychodzimy na wschód do karniaka. Do głównej i na południe do skrzyżowania pod charakterystycznym kątem. Migają światła czołówki innych grup idących z PK4 do PKK. Podbijamy i wydaje się, że przed nami ostatnia „prosta” do mety. Tak się tylko wydaje.
Część biegniemy, część idziemy. Wariant od południowej strony, chociaż teraz wiem, że wariant północny rozwiałby wiele wątpliwości przy PK6. Kolejno przez Książęcą Wieś, Osiek i Osiek Mały. PK6 widać z drogi między Osiekiem i Osiekiem Małym. Idziemy drogą pewną, łamańcem w Osieku Małym, a potem na północ do PK6. Podbite.
Plan zakładał dostanie się na północną drogę prowadzącą na samą metę. Drugi raz daliśmy się złapać na jakąkolwiek sugestie. „Jeszcze pięć kilometrów asfaltem” usłyszeliśmy od punktowych. Wychodzimy drogą, która szła do PK6. Kierunek poruszania dobry, a jak coś się zepsuje to idziemy na północ do „asfaltu”. Coś się psuje, odbijamy za polem żyta na północ. Dochodzimy do terenów podmokłych. Po ostatnim Kieracie woda nie robi na nas żadnego wrażenia. Zostało już niewiele zatem zamaczamy grupę. Wody do połowy uda. Dochodzimy do drogi, która na mapie jest oznaczona kolorem czarno-niebieskim, a w rzeczywistości jest kanałem. Po drugiej stronie kanału MUSI być droga. Idziemy wzdłuż w kierunku Żmigrodu, aż do SKRZYŻOWANIA KANAŁÓW.

Trasa dojścia do skrzyżowania kanałów i miejsce przekroczenia.
Zamoczyliśmy się trochę, to możemy się zamoczyć jeszcze bardziej. Ściągam ciuchy i sprzęt, zostaję w leginsach i butach. Forsuje kanał, jest z 1.40m wody. Wychodzę na drogę, a przede mną las… las wody, a asfalta nie ma. Przypominając słowa chłopaków – jesteśmy nie wiadomo gdzie, choć ja się upieram, że wiem gdzie. Przede mną ogromne rozlewisko, stoję na drodze wychodzącej na metę… wracam przez kanał i charyzmę zostawiam chyba po drugiej stronie kanału. Ulegam grupie. Boją się wody? Nie ufają mi? Tracimy mnóstwo czasu – decyzja – cofamy się do miejsca w którym byliśmy pewni, gdzie jesteśmy. Wracamy do PK6. Pole ryżowe nie robi na mnie wrażenia. Po wyjściu z kanału Agata zabija na mnie coś dziwnego, a ja sam zostaję oznaczony gwiazdozbiorami na ciele.

Moja prywatna Kasjopeja. Pasu Oriona pokazywać nie będę.
Jesteśmy w PK6, konsultacja z autorami co mieli na myśli. Nie poznają nas, chociaż wciąż jesteśmy jedyną grupą, która tutaj dotarła. Mieli na myśli główną – widać innej drogi nie ma. BEZMYŚLNIE wychodzimy z PK6 kierując się na południe i nie patrząc co jest na północy.

Niebieska zakładana, czerwona rzeczywista.
Do głównej, do głównej. Asfalt, asfalt, asfalt. Bieg, marsz, bieg, marsz. Mi akumulatory padły przy negocjacjach i orientowaniu się wokół PK6. Muszę odpoczywać więcej. W końcu droga nr 5. Widać stację benzynową. Biegniemy – to chyba trzeci oddech. Od stacji ścieżką. Dochodzimy na metę – czas 7:01, czas ostateczny z uwzględnieniem szyfru 6:51. Dotarliśmy na metę pierwsi, ale nie wiemy czy będziemy pierwsi gdy dotrą wszyscy. Czekamy na oficjalne wyniki podane w Internecie. Po zjedzeniu grochówki idziemy się przebrać. Jakiś Pan poszukuje swoich podopiecznych, którzy znają teren jak własną kieszeń i są harcerzami – gdzieś poszli w las. Moje błyskawiczne pakowanie, właśnie o sobie przypomniało. Nie mam nic na przebranie… Siedzę w mokrych gaciach, w skarpetkach Mateusza, w bluzie Procha, na zmianę pod folią NRC lub śpiworem.
Decydujemy się na powrót do domu. W aucie nie jest wygodnie, a czekanie jeszcze kilka godzin bardziej nas wymęczy.
Było szybko. Uda bolą mnie bardziej, niż po ostatniej stówie. Straciliśmy trochę, przez uleganie jakimkolwiek podpowiedziom. Jednak jestem bardzo zadowolony z tego co zrobiliśmy dzisiejszej nocy!
Tak jak ostatnio – pozdrowienia dla Rzut do celu gumofilcem, ekipy idącej z Goframi, Leśnych Dzików!! Do zobaczenia na następnym Tropicielu.
Nazywam się