Założenia, które postawiłem sobie jako osobisty cel na tym Kieracie były jednocześnie łatwe i trudne do osiągnięcia. Jedyna rzecz z której się nie wywiązałem to zejście poniżej 24 godzin. Pierwszy warunek to było pokonanie dystansu, co jest raczej łatwe do spełnienia, drugiego nie zrealizowałem, jednak trzygodzinny zapas czasu też jest dobry ;). Kolejne warunki były wymierzone już w konkretne osoby: pokonanie pani Wiecznie Narzekającej i jej nawigatora, bez którego marsz wyznaczonym SZLAKIEM wydawał się jej nad wyraz trudny, wręcz nieosiągalny; oraz pokonanie Kuwra Team :).
Źródło: http://limanowa.in/wydarzenia,1699.html
Zdjęcie na drodze do Przełęczy pod Sałaszem
Udało się zebrać silną ekipę. Agata, Jacek, Mateusz i Procho z KB Fiodor z Oławy, Adam niezrzeszony :>, oraz ja za bratem jako reprezentacja Towarzystwa Matematycznego. Oprócz mnie i brata pozostała część grupy startowała pierwszy raz w czymś dłuższym niż maraton, z czego Procho i Adam startowali jedynie na półmaratonach. Nie przeszkodziło nam to jednak w pokonaniu trasy ze sporym zapasem czasu.
Miało być ambitnie, ale same warunki na trasie wprowadzały wysoki poziom zmagań. Wybraliśmy się na lekko, zakładając, że pogoda się spełni i będzie padać dopiero wieczorem następnego dnia, co i tak dla nas miało nie mieć znaczenia. Po chwili odpoczynku w noclegowni, przeglądnięciu plecaków współtowarzyszy i odrzuceniu takich elementów jak środek przeciw komarom wybraliśmy się na odprawę. Tym razem na odprawie nie było tajnych informacji, które dwa lata temu ponoć ułatwiały wejście w konkretne miejsce. Po zakończeniu odprawy spotkałem Kuwre Team, która dotarła praktycznie na kilka minut przed startem. Na placu spotykam kolegę z Ełckich Roztopów, namierzam dwie konkurencyjne drużyny
Godzina 18:00. Wystartowaliśmy. Biegniemy asfaltem za tłumem korzystając z zasady, że prowadzący tłum wiedzą dokąd idą. Niebieski szlak pod górę, przy większym nachyleniu zaczynamy iść. Przechodzimy zejście na pomarańczowy szlak i na następnym skrzyżowaniu szlaków odbijamy na wschód. Dochodzimy do PK1, kolejki nie ma. Zakładam, że kolejka do PK będzie dopiero za nami.
Gonimy w dół stokiem aby odbić w niebieski szlak. Odbijamy w asfalt na północ i wchodzimy w las. Po nabraniu wysokości biegniemy odcinki, które się da. Dopada mnie kryzys z rodzaju „co ja tutaj robię i po co się tak męczyć”. Lecę na autopilocie do PK2. Nie pamiętam tego odcinka.
Po PK2 kryzys się kończy i włączam myślenie. Schodzimy pomarańczowym szlakiem. Przy skrzyżowaniu dróg chciałem zostać na pomarańczowym. Gonienie za tłumem spowodowało, że nie trzymaliśmy się planu i wydłużyliśmy sobie drogę dwukrotnie – 1km gratis. Asfaltem przekraczamy rzekę i kierujemy się drogami na południe. Po podejściu wylądowaliśmy gdzieś w lesie… na drodze, której nie było na mapie. Kilka decyzji i kontynuujemy próbę poruszania się na południe. Udaje nam się wyjść z lasu i dochodzimy do asfaltu. Szybka orientacja gdzie jesteśmy – lepiej być nie mogło, wychodzimy na przeciw podejścia do PK3. Drogą utwardzoną pod górę, potem drogą wzdłuż zachodniej krawędzi lasu i wychodzimy na PK3.
Z PK3 zejście przecinką na południowy zachód. Pokonujemy strumień z którego musiałem się napić, bo do wodopoju jeszcze około 6km. Odbijamy na północ aby dostać się do utwardzonej drogi. Dochodzimy polnymi drogami do Górnego Litacza, chwila asfaltem i odbijamy znów na południowy zachód. Wchodzimy na drogę wzdłuż lasu, która ma nas wyprowadzić do samego Stronia. Szybki i łatwy odcinek. W szkole uzupełniamy wodę.
Źródło: http://ejd.superhost.pl/Kierat2010/index.html
PK4 Stronie, szkoła podstawowa
Z PK4 asfalt do zielonego szlaku. Na zielonym szlaku lekki trawers w celu uniknięcia szczytu Szkiełek. Zejście do drogi głównej i odbicie na północny zachód. Tu zaczyna się walka. Nie jesteśmy pewni gdzie dokładnie się znajdujemy. Nic to – i tak nas czeka zdobycie grani. Uderzamy byle pod górę, ścieżką przypuszczam, że lżej nie będzie. Wychodzimy praktycznie na PK5. To będzie jedno z tych podejść, które się zapamiętuje…
Przelot do PK6 prawie banalny ;). Poruszamy się czarną, grubą kreską łączącą PK5 i PK6 ;). Drogę krzyżową czuje w nogach, więc nazwa tego miejsca jest nazbyt oczywista. Odbijamy w utwardzona drogę lekko na północ. Potem kawałek niebieskim szlakiem i w Zakrajach na zachód. Przekraczamy asfalt i poruszamy się do zielonego szlaku. Wychodzimy nie tam gdzie chciałem, ale przynajmniej wiem gdzie jesteśmy. W dół do Przełęczy Słonickiej no i zła decyzja na skrzyżowaniu. Dorabiamy sobie z 400m. Spotykam kolegę cichego nawigatora, a do nas podczepia się nie tyle zwykły wagon, co dwóch kolesi, którzy chowają się za krzakiem kiedy reszta grupy zastanawia się nad wariantem przejścia. Takich dzików dawno nie spotkałem na rajdzie. Podchodzimy na przełęcz, tym razem odbijamy dobrze i po chwili mamy PK6. Okazuje się, że Agata w tym momencie ma 3 miejsce jeśli chodzi o kategorię kobiet.
Wyjście do siodła w Zbludzkich Wierach jest synonimem zła. Niby poruszamy się wzdłuż lasu, niby jakimś szlakiem, ale pewności nikt nie ma. W pewnym miejscu kolega nawigator obiera inną trasę, dziki wyglądając zza krzaka po chwili ruszają za nami. Zwiedzamy las, zwiedzamy, zwiedzamy… aż do spotkania kolegów, którzy szukają PK6 – byli daleko od niego, bliżej PK7 już. Odnajdujemy na drzewach oznaczenia szlaku. Znów autopilot. Lecimy do siodła. Jeśli dobrze pamiętam Agata druga.
PK8 – łatwiej już nie będzie – zejście pomarańczowym szlakiem do Kamienicy. Bratu odmawiają posłuszeństwa stopy. Ciągnie się za nami i mówi, że rezygnuje. Szkoda. Dziki zmieniają żywiciela.
Po dłuższym odpoczynku ruszamy główną do pomarańczowego szlaku. Kolega nawigator przewija się i idzie kawałek z nami. Po jakimś czasie odpada, po kolejnej chwili odpadam ja psychicznie. Kryzys numer 2 typu „chcę umrzeć”. Stoję w młodniku i podpieram się kijami. Serce od podejścia chyba mi wyskoczy zaraz. Po pięciu minutach dochodzę do siebie, reszta grupy daleko z przodu. Dochodzimy do niebieskiego szlaku – grupa źle poszła. Morale mi skacze, bo w tym momencie ja jestem z przodu. Zejście niebieskim szlakiem i jesteśmy w bacówce. To było drugie podejście warte zapamiętania.
Tutaj trudny wybór. Znów można iść linią łączącą PK. Wybieramy wariant „bez myślenia”. Pewnie dostajemy dodatkowe gratisowe kilometry, ale po podejściu na 9PK, daje to możliwość jakiegoś odpoczynku. Mam wrażenie, że już szedłem kiedyś okolicami czarnego szlaku. Wrażenie się umacnia gdy docieramy do PK10, w którym 2 lata temu też był PK.
Wyjście na PK11 czarnym szlakiem. Przegapiamy most i wychodzimy obok szkoły – musimy się cofnąć. Kolega nawigator znów nas dogania. Droga wydaje się prosta. Jednak przy Wyrębiskach Szczawskich coś poszło nie tak i chwilę zajęło nam odnalezienie utwardzonej drogi. Już nie tylko ja miewam przewidzenia. Schodzimy drogą do PK11. Idioci na quadach nie zwracają uwagi na to co się dzieje wokół nich. Mała powtórka sprzed 2 lat gdzie pod Mogielnice wjeżdżali goście na crosach. PK11 zaliczony.
Pokaż Kierat 2010 na większej mapie
Źródło: http://limanowa.in/wydarzenia,1706.html
Mapa publiczna użytkownika uranek
Zielony szlak i ostatnie nużące podejście. potem już były tylko łatwe. Wszyscy już są zmęczeni. Przechodzimy Tichoń co oznacza, ze do samego końca zostało nam już tylko 260m przewyższenia. Przy głównej schodzimy z zielonego szlaku w ścieżkę i przecinamy aż do ośrodka Pod Ostrą. Chwila odpoczynku żurek-time, dyskusja z kolegami z Legnicy, kawa z mlekiem i miodem i bagatela 15km przed nami. Cel – zdobycie zielonego szlaku.
Wyruszamy drogą główną na północ. Następnie wzdłuż lasu do Golcowa. Kolega nawigator idzie z nami. Nikt już nie myśli jak należy. Wszelkie decyzje zajmują za dużo czasu. Kręcimy się po lokalnych drogach aby w końcu odnaleźć się na drodze w Wiśniczu. Przecinamy drogę główną i wychodzimy na przeciw Kuklacza. Staramy się go obejść. Odnajdujemy zielony szlak – już jesteśmy w domu.
Zielonym szlakiem w gorę. Podbijamy karty. Spotykam jedną z drużyn do pokonania i całą siłę wkładam w to, aby ich zostawić w tyle. Udaje się. Zmierzamy zielonym szlakiem do bazy. 2,5km przed bazą wszyscy mają dosyć. W Limanowej chwilę biegniemy, bo wydaje się, że mogłoby udać się złamać 27 godzin. Korzystamy ze skrótu Adama. Skrót jest dłuższy niż myśleliśmy. Zaczyna lać porządnie, mokry jestem od ponad godziny, ale teraz czuję, że strumień płynie wzdłuż mnie. Docieramy do bazy w 27h i 11min!
I znów żurek! Jedyne miejsce gdy go jem to Kierat. Pod folią NRC pokonując strumienie płynące ulicą docieram z Jackiem do noclegu. Współczuję ludziom na trasie – taki deszcz niszczy. Brat w bazie oświadcza, że Kuwra Team była w bazie przed nim. 75% założeń została zrealizowana :D. Czas na zerwanie skarpetek ze stóp. Zmęczenie mniejsze niż się spodziewałem, stopy w gorszym stanie niż się spodziewałem.
Pozdrawiam kolegę nawigatora, kolegów z Legnicy, kolegę śpiącego na mojej karimacie razem ze mną i trzymającego telefon komórkowy w moim bucie. Niektóre rzeczy na rajdach przestają mnie już dziwić.
Impreza ma to coś, co pomimo ciężkich warunków przyciąga. Dodatkowo działał na mnie kameralny charakter, ale widzę, że już ogromnie się wszystko rozrosło. Za rok poprawię czas i może złamię dobę :D


Nazywam się
Pingback: Tropienie Psów Gończych – Tropiciel 4 at Forwardfeed's blog