Forwardfeed's blog

rozmaitości

Mini Nocna Masakra 2009 czyli lekcja roku

with one comment

Chciałem spróbować czegoś nowego. Zobaczyć jak się biegnie na orientację, jak jeździ się rowerem na orientację oraz co się dzieje, gdy robi się to pod rząd i zimą. Takie doświadczenie na przyszłość, a nuż mi się spodoba. Próba doświadczenia czegoś nowego nauczyła nas szybko kilku nowych rzeczy.

Wszystkiego doświadczyłem na mini Nocnej Masakrze, która odbyła się w Kątnej 5-tego grudnia. Dystans pieszy zakładał 13km, a rowerowy 36km. Jako Towarzystwo Matematyczne zapisało się tym razem siedem osób, z czego dwie po raz pierwszy. Start o godzinie 18.00 bez większego zamieszania.

Start na trasę pieszą. Wybiegamy w pięć osób asfaltem w kierunku północnym, następnie w drogę polną w kierunku północno-wschodnim, aż do przecięcia żółtego szlaku. Odbijamy w lewo w szlak, 2cm na mapie czyli 3 minuty biegu. Zatrzymujemy się, ludzie już się schodzą w tym miejscu z różnych stron pomimo tego, że minęło dopiero 10 minut od startu. Zostaliśmy w trójkę. Szukamy kurhanu czymkolwiek by to nie było. Sześć minut straty i wychodzimy z lasu na żółty szlak. Pojawiają się Gofry, a my biegniemy na kolejny punkt.

Biegniemy szlakiem do spotkania linii wysokiego napięcia, a potem odbijamy w lewo około 0,5km na północny-wschód. Następnie znów w lewo do przecięcia kanału/rowu, drogi i linii wysokiego napięcia – brakuje drogi odbijającej w prawo, albo do niej nie dochodzimy :/. Decydujemy się na podróż korytarzem linii – podróż się dłuży ;). Dochodzimy do drogi sąsiadującej z łąką. Widoczność przez mgłę jest tak mała, że próbujemy biec na oślep gdzieś gdzie powinien być PK. Chwilę później odnajdujemy PK3.

Wracamy na południe do drogi biegnącej wzdłuż lasu. Potem biegniemy na wschód do wejścia w las, spotykamy Gofrów biegnących na PK3. Według planu próbujemy dobiec do konkretnej drogi, która wyprowadziłaby nas bezpośrednio na PK2. I tu pojawia się pierwsza lekcja – skoro poruszamy się dwa razy szybciej i mapę mamy w skali 2 razy lepszej niż zwykle to OKAZUJE się, że trzeba na mapę i kompas patrzeć cztery razy częściej. Patrząc na mapę teraz stwierdzam, że wyszliśmy około 1 km na północ od punktu, jednak w tamtym momencie nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, a mgła nie ułatwiała nam nawigacji. Pokonaliśmy odcinek na wchód i wylądowaliśmy w jakiejś wsi – w Krzeczynie – poza mapą TP. Tam podjęliśmy decyzję, że na trasę nie wracamy, bo i tak stracimy 30 minut, a dodatkowo w bazie czekali na nas znajomi aby wyruszyć z nami na trasę rowerową.


Zdjęcia na mojej galerii

Z Krzeczyna pobiegliśmy asfaltem przez Piszkową i Oleśniczkę, omijając las dużym łukiem. Na asfalcie odezwała się moja niedawno wybita stopa. Widać dwutygodniowa “rehabilitacja własna” nie wyleczyła jej do końca i jednak czas pofatygować się do ortopedy, co oznacza wyłączenie z jakichkolwiek aktywności na co najmniej miesiąc zapewne. Na asfalcie gubimy brata. Do bazy docieramy we dwójkę i z pozostałą częścią grupy zapisujemy się na start trasy rowerowej. TP zajęła nam w sumie dwie godziny w tym czasie pokonaliśmy 15km

Przepak. Pierwszy raz zimą jeździłem 2 dni wcześniej więc będzie ciekawie. Wyruszamy do PK1 i o dziwo idzie bardzo dobrze, pomimo tego, że rowery stają w błocie praktycznie w poprzek. Docieramy do PK1 szybko i ruszamy do PK3 i znów pojawia się problem częstości sprawdzania mapy, znów robimy to za rzadko i lądujemy w lesie – dosłownie w lesie – odcinek specjalny z rowerem na ramieniu na wschód – stopa od marszu boli coraz bardziej, wygodniej mi jednak jechać, choć nie wiem jak sytuacja będzie wyglądać później.

Docieramy w okolice dwójki z TP, tej którą postaraliśmy się ominąć dużym łukiem. Wiemy gdzie jesteśmy – jest dobrze. Matika ciągnie w drugą stronę, ale go prostuję – jedziemy na wschód. Na następnym skrzyżowaniu Matika znów ciągnie w przeciwnym kierunku i znów prostowanie. Dojeżdżamy od północnej strony Ligoty Małej. Ja rezygnuję, bo nie chcę wylądować z poważną kontuzją jak rok temu. Oddaję czołówkę, a sam walcząc z mapą w świetle lampki przedniej jadę w kierunku Kątnej “asfaltami”. Tak na te asfalty byłem nastawiony, że nie zauważyłem polnej drogi w którą miałem skręcić, ale już od Krzeczyna było łatwiej, bo dziś już raz tamtędy biegłem ;).

Wróciłem do bazy. Gofry już skończyły TP. Po pewnym czasie pojawił się Masło z Michałem ;). Zrobili całość. Ze znajomych jeszcze Jaszczu dał popis grupowo kończąc TR na dziesiątym miejscu, oraz osoby powiązane z Klubem Biegacza Fiodor z Oławy, którzy tym razem postanowili się przejść. Gratuluję!!

I co by tu? Biegnąc trzeba kilka razy bardziej być pewnym nawigacji niż idąc. Jadąc rowerem również. Ale mimo tego jak wyszło cieszę się, że spróbowałem czegoś nowego. Bieg bardzo mi się podobał – szybko pokonywaliśmy dystans – droga nie była nużąca tak jak przy marszu. Po wizycie u lekarza będę wiedział co dalej, jednak do Nocnej Masakry raczej się nie zregeneruję, bo zostało mniej niż dwa tygodnie, a ostatni okres “rehabilitacji” nie pomógł. Ale jeśli nie Nocna Masakra – to może nocny sprint w Wrocław Night O-Fight w styczniu.

Relacja brata.

Popularity: 5%

  • Twitter
  • Reddit
  • Slashdot
  • Facebook
  • Digg
  • WordPress
  • StumbleUpon
  • LinkedIn
  • Delicious
  • Blogger Post
  • Google Reader
  • Google Bookmarks
  • Share/Bookmark

Związane

Written by Krzysztof Dziądziak

Grudzień 6th, 2009 at 3:40 pm

One Response to 'Mini Nocna Masakra 2009 czyli lekcja roku'

Subscribe to comments with RSS or TrackBack to 'Mini Nocna Masakra 2009 czyli lekcja roku'.

  1. [...] Relacja brata Zdjęcia [...]

Leave a Reply