Noc z trzeciego na czwartego października – Maraton Pieszy im. Andrzeja Zboińskiego. Trzydziesty szósty rajd, który zaczynał się od skromnych pięćdziesięciu kilometrów. Start w Dziekanowie Leśnym.
Do rajdu podchodziłem bardzo entuzjastycznie. Po prawie roku bycia maruderem chciałem znów przycisnąć i udowodnić sobie, że da się zrobić 100km pieszo ;). Ze względu na niemalże brak nawigacji mój plan wyśrubowany zakładał około 16 godzin, a plan zwykły zejście poniżej 20 godzin.
Plan wyśrubowany nie wyszedł głównie z powodu gumki pod kolanem w Dobsomach i za bardzo ściągniętym butem. Tak przypuszczam :]. Łydka po 75km była bezużyteczna, kostka opuchła, a noga nie chciała za bardzo ani się zginać, ani prostować.
Plan zwykły przebiegał następująco. Start spod kamienia p. Zboińskiego o godzinie 20:00. Jest zimno, czyli jestem dobrze ubrany. Początek czerwonym szlakiem, praktycznie sznurek idący ścieżką. Mała nauczka na przyszłość – wyprzedzić wszystkich tak, aby potem iść swoim tempem, a nie czyimś :>.
Atak na południe żółtym szlakiem, trochę zapiaszczonym, powoli się przerzedza, ale tempo jest nadal wysokie. Jednak ludzie są wciąż na horyzoncie – można nawigować 500m do przodu i wiadomo dokąd iść i czy z przodu jednak ktoś spogląda na mapę.
Czarny szlak, przejście przez Janówek, zejście na czerwony szlak. Jest pusto – przed nami grupka kilku osób. Kto miał nas wyprzedzić już nas wyprzedził, kto nas nie wyprzedził, już nas nie wyprzedzi. Przy stałym tempie marszu i ciągle zwiększającym się zmęczeniu nasza pozycja w wyścigu nie będzie się zmieniać.
Długi przebieg czerwonym, punkt kontrolny. Długi przebieg zielonym, aż do znudzenia – nie ma czym zająć umysłu. Znów przebieg czerwonym, punkt kontrolny. Uwaga – teraz trudniejsze przejście ;), ale widać nadal trzeba iść bez myślenia do żółtego szlaku. Chyba ktoś dobrze zna ten teren. Idziemy za grupą kilku osób. Jest już naprawdę pusto.
Zejście z żółtego szlaku na zachód w drogę. Wszyscy wyciągają mapę, a ja przyznaję się, że w tym momencie udaję, że nawiguję. Dochodzimy do zielonego szlaku, u Leszka pojawia się zmęczenie – cieszę się w duchu, że ma teraz za swoje tempo na początku. Rozwiązujemy kilka problemów logistycznych i zostajemy w lesie sami. Leszek jest maruderem w tym momencie, zielony szlak ciągnie się niemiłosiernie. Nie liczę zakrętów, nie wiem gdzie jesteśmy. Idziemy wciąż zielonym. Wiara w to, że przeszliśmy niebieski szlak rośnie tak, że postanawiam użyć kompasu i doliczyć się zakrętów które mijamy. Co ciekawe robię to z 300 metrów przed zejściem; orientuję mapę, a zejścia jak nie było tak nie ma. Jest… 50m dalej. Pierwszy budujący moment na tym rajdzie. Niebieski szlak też się dłuży o dziwo. Potem asfalt i 50km z głowy w 8h 25min. Jak na marsz może być.
Meta 50km w szkole, wiele osób kończy tutaj swoje zmagania. Leszkowi skończył się kryzys. Było tak ciężko, że chciał zostać na pięćdziesiątce. Po około 20 minutach wychodzimy dalej – staraliśmy się streszczać.
Długi asfalt, dołącza się do nas nowy kolega z Łodzi. Zejście na czerwony szlak. Myślałem, że do tej pory były długie przebiegi, ale ten to naprawdę jest długi. Ponad 10km przelotu na autopilocie. Siadam ze dwa razy. Entuzjazm opada i idzie mi się coraz ciężej. Teraz ja zamulam, a Leszek idzie z przodu. Przebiegi wydają się coraz dłuższe. Żółty szlak, uważam na zejście w Drogę Maślarką. Moja uwaga objawia się między innymi słowami: „chłopaki, coś mi się wydaje, że przeszliśmy zejście”, -”wszyscy tędy poszli”. No i przeszliśmy zejście i odbiliśmy się od zielonego szlaku, na moją prośbę i groźbę by jednak iść Drogą Maślarką, bo tam będzie PK. Był :]. Ale mieli tylko miętowe cukierki.
Dojście do żółtego szlaku i atak na metę 75km. Długo się szło. Krótki odpoczynek. Prawa noga bardziej się ciągnie za mną niż ze mną idzie. Załatwiłem się gumką pod kolanem – tak przynajmniej mi się wydaje. Idziemy. Ja wciąż z tyłu Wydaje mi się, że jest to droga przez mękę. Ale dobrze, że kryzys dopada mnie tak późno i nie jest jakiś miażdżący. Coraz częściej siadam, do tego stopnia, że w Cybulicach nie wiedziałem czy już wstanę.
Utwardzona droga, utwardzona droga, utwardzona droga. Duże odsłonięte tereny. Leszek z 1km z przodu. Mijamy się tak do czarnego szlaku. Potem już praktycznie razem. Dojście do cmentarza w Palmirach, jakaś wycieczka – idą młodzi i wypoczęci. My ich doganiamy :/. Najchętniej usiadłbym i tu został, ale brak znajomych na mecie, brak kierowcy, brak czegokolwiek, i jeszcze parę mobilizujących rzeczy każe mi iść.
Jeszcze tylko zielony szlak, potem wioska i jeszcze tylko czarny. Ciągnę nogę za sobą. Idę lewą nogą. Ludzie w lesie nie mają pojęcia o mapie ;). Schodzimy w stronę wioski. Szybka kalkulacja 19 godzin i około 3,3km do mety. Leszek nieświadomie mnie mobilizuje mnie słowami „nie damy rady poniżej 20 godzin”. Przestaję czuć ból i prawa noga też zaczyna iść. Im bliżej mety tym szybciej.
Kilometr od mety dopada mnie deszcz. Nie ma sensu ubieranie się. Jestem w szale. Walka trwa. Dopadam do budynku technicznego Kampinoskiego Parku Narodowego. Dziwne, nikogo nie ma. Niesamowity atak paniki – 3 minuty w plecy. A potem konsekwentnie 200m dalej czarnym szlakiem osiągam metę. Leszek nie zmobilizował się swoimi słowy – dochodzi 4 minuty później.
Stopy w stanie idealnym. Wszystko w stanie idealnym. Oprócz łydki, która nie pozwala się nawet dotknąć. Musiałem opanować specjalną technikę kładzenia się do łóżka, żeby nie bolała. I tak cztery dni.

Później miał być Harpagan, ale nie wyszedł. Teraz mały start w Tropicielu, który odbywa się w następny weekend.
Nazywam się